Br. Maciej Jabłoński, który wrócił po dwóch miesiącach spędzonych w Afryce, opisuje swoje pierwsze wrażenia i plany na przyszłość.

Samolot podchodzi do lądowania, lekkie turbulencje,po chwili widoczne przez okno szaro-bure połacie terenu zaczynają nabierać wyrazistszych kształtów. Widzę gliniane domy kryte strzechą, palmy, mangowce, czerwień laterytowego lądowiska i gapiów eskortujących nasz samolot na motocyklach. Samolot gładko osiada na ziemi, drzwi zostają otwarte, wysiadam. Mimo, że jest 5 stycznia, uderza mnie gorąco i chmura pyłu. Właśnie stawiam pierwsze kroki w Afryce, a dokładnie w Republice Środkowoafrykańskiej, i rozpoczynam blisko dwumiesięczny staż przygotowawczy do pracy misyjnej.

Po odprawie paszportowej, zostałem powitany przez kilku braci Polaków (br. Benedykta Pączkę, br. Tomasza Świtałę i br. Andrzeja Barszcza), pracujących w tym kraju, po czym razem, przemieszczając się ulicami Bangui (stolicy), przejechaliśmy do naszej misji w Bimbo, gdzie obecnie znajduje się również dom nowicjatu. Następnego dnia pojechaliśmy do Bagandou, misji położonej w lesie deszczowym, w której proboszczem jest ksiądz Mieczysław Pająk, a parafianami są Pigmeje. W niedzielę miałem pierwszy kontakt z „brusem”, czyli wioskami położonymi głęboko w buszu. Udaliśmy się do jednej z pigmejskich wiosek, by celebrować Eucharystię. Po Mszy Świętej zrobiliśmy przechadzkę po lesie deszczowym, celem zwiedzenia kopalni złota. W poniedziałek wróciliśmy do Bimbo, by następnego dnia wyjechać do Bouar, siedziby kurii naszej Kustodii Generalnej. Po noclegu w klasztorze św. Wawrzyńca, we środę wyjechałem do Ndim, głównej bazy mojego stażu, po drodze zatrzymując się u braci w Bocaranga.

Ndim jest niedużą miejscowością położoną na północnym zachodzie RŚA, niedaleko granicy z Czadem. Jest to rejon, który w ostatnim czasie doświadcza wielu trudności na skutek rebelii i powiązanych z nią grabieży, zniszczeń i morderstw. Obecnie pozornie panuje spokój, ale ciągle tu i ówdzie spotkać można grupy rebeliantów-bandytów z ugrupowania Seleka. Ndim było siedzibą naszego nowicjatu (obecnie, ze względu na niestabilną sytuację polityczną, przeniesionego do Bimbo) oraz parafii, w skład której wchodzi 20 wiosek z kaplicami. W czasie mojego pobytu czerpałem wiele z doświadczeń braci Roberta i Henriego, rezydujących tam na stałe. Prowadząc życie zakonne i wykonując różne prace koło domu, podjąłem się też pracy duszpasterskiej: sprawowania sakramentów, pracy z młodzieżą w ramach konwersacji z języka angielskiego oraz pracy w miejscowym ośrodku zdrowia. Poniżej pokrótce je opiszę.

Sakramenty to przede wszystkim sprawowanie Eucharystii, zarówno w kościele w centrum Ndim, jak i w wioskach, czyli w brusie. Nie lada wyzwaniem było dla mnie sprawowanie Mszy Św. w języku sango. Problemu nie stanowiło samo odczytanie tekstów mszalnych, lecz niemożność zrozumienia komentarzy, czytań czy homilii w tym zupełnie nowym dla mnie języku.

Rozpocząłem też pracę z uczniami gimnazjum w Ndim. Zaproponowałem spotkanie, by razem uczyć się języka angielskiego. Ku mojemu zaskoczeniu przyszło 35 osób. Z trudem zmieściliśmy się pod strzechą szałasu przy misji. Od nowego roku szkolnego mam zamiar kontynuować z nimi te lekcje już w budynku szkoły.Mam nadzieję, że otworzy to również możliwość szerszej pracy katechetycznej i zawiązania wspólnoty Młodzieży Franciszkańskiej Tau.

Od dziecka interesowałem się medycyną, rozczytywałem się w podręcznikach medycznych. Ukończyłem kilka kursów z dziedziny pierwszej pomocy przedmedycznej, zaawansowanych technik ratunkowych i rehabilitacji pourazowej. We Wrocławiu, gdzie posługiwałem w parafii, jako wolontariusz pomagałem w pracy tamtejszym załogom pogotowia ratunkowego. Dlatego widząc możliwość pomocy chorym w Afryce, podjąłem pracę, także jako wolontariusz, w „dispancerze” – małym szpitalu w Ndim. W ośrodku zdrowia w Maigaro, dużej miejscowości koło Bouar, odbyłem tygodniowy staż. Dzięki temu nauczyłem się wiele o leczeniu malarii i chorób pasożytniczych. Poznałem przypadki chorych na zapalenie opon mózgowo-rdzeniowych czy dur brzuszny. Asystowałem przy kilku zabiegach chirurgicznych i porodach. W Ndim zainstalowałem i rozpocząłem pracę z aparatem USG, który do tej pory stał nieużywany w ośrodku. Gdy była potrzeba – udzielałem sakramentu chorych i w szpitalu ochrzciłem jednego chłopca, małego Maciusia, który umierał na skutek komplikacji poporodowych. Chłopczyk przeżył i teraz ma się dobrze.

Pod koniec mojego pobytu w RŚA wziąłem udział w kapitule, czyli spotkaniu wszystkich braci kapucynów pracujących w kustodii Czadu i RŚA, która miała miejsce w Bouar. Dało mi to możliwość poznania zarówno samych braci, jak i realiów ich pracy dla Kościoła. Uczestniczyłem też w niezwykle podniosłym „polskim” święcie – uroczystości sakry biskupiej księdza Mirosława Gucwy, polskiego misjonarza z diecezji tarnowskiej, który został nowym biskupem diecezji Bouar.

Miałem również okazję pojechać z br. Piotrem Michalikiem na weekendowe dni skupienia do jednej z wiosek w jego sektorze, a z br. Tomaszem Świtałą spędziliśmy kilka dni w brusie, w wioskach, w których on posługuje. Zawieźliśmy ławki do szkoły, urządziliśmy projekcję filmu o bł. Józefinie Baghicie, a następnego ranka sprawowaliśmy Eucharystię w jej liturgiczne wspomnienie.

Mój pobyt w Afryce trwał dwa miesiące. Nie tylko nie przestraszyłem się tego, co tam zobaczyłem, ale było mi trudno opuścić ten kontynent, a przede wszystkim ludzi. Umocniłem się w moim powołaniu do pracy misyjnej i 20 lipca planuję wrócić do Afryki – już jako pełnoprawny misjonarz. Chcę tam pracować dla tych wszystkich, przed którymi postawi mnie Pan.

Niech dobry Bóg błogosławi Was, naszych dobrodziejów, oraz biednych ludzi, dla których pracujemy, jak i samych braci zaangażowanych w dzieło misyjne.

br. Maciej Jabłoński OFMCap

 

Biuro Prasowe Kapucynów - Prowincja Krakowska

 

Przywitanie z Afryką

 

To jeden z artykułów czasopisma KAPUCYNI I MISJE, całość możecie znaleźć TUTAJ

Zachęcamy również do odwiedzenia strony internetowej misje.kapucyni.pl